A prawdziwy rodzic sportowy umiera dwa razy. Jest śmierć, która czeka nas wszystkich pod koniec długiego lub krótkiego życia, w wyniku choroby, nieszczęśliwego wypadku, pożaru, spadającego przedmiotu, hydroplanu samochodu lub wykolejenia pociągu. Ale jest też śmierć, która przychodzi w środku życia, czyśćcowa bezcelowość, która następuje po ostatnim sezonie na ławce rezerwowych lub na trybunach, kiedy po ostatnim meczu dzieciak od sportu odkłada łyżwy, korki lub kolce na kołki.

Upływ czasu jest żałosny, a dla rodzica spełnianie swoich marzeń poprzez rozwój potomstwa jest tak samo nieuniknione, jak obrót Ziemi. Ale rodzic sportowy przeżywa to doświadczenie w skupieniu – bardziej intensywna wersja typowej sytuacji. Musisz porzucić swoją zastępczą nadzieję na chwałę w wielkiej lidze i pozwolić jej umrzeć. Musisz rozstać się z tym, co, jeśli Twoje dziecko poważnie realizowało swoją pasję, stało się rutyną meczów wyjazdowych i porannych treningów, godzinami w samochodzie, filiżanką gorącej kawy w zimnej dłoni, gdy słońce wschodziło nad Lodową Krainą Czarów w Bridgeport w stanie Connecticut; Ice Arena w Brewster w stanie Nowy Jork; Ice Vault w Wayne w stanie New Jersey – siedziba Hitmenów, których logo to gangster w prążki z kijem hokejowym. I nagle zauważysz, że oglądasz rozgrywki play-off Pucharu Stanleya nie w sposób cywilny, ale z rozczarowaniem, wiedząc, że Twoje dziecko nigdy nie będzie zajmować czołowych miejsc w rozgrywkach.

Któregoś ranka dzięki uprzejmości Facebook Memories natknąłem się na stare zdjęcie mojego syna, ucznia gimnazjum, który niedawno ogłosił, że zdecydował się rzucić hokej – przejść na emeryturę! Zdjęcie zrobili koledzy z drużyny po zwycięstwie w Lake Placid w stanie Nowy Jork. Zlany potem, w ramionach przyjaciół, uśmiechając się jak złodziej, był nie mniej zachwycony niż Mike Eruzione, gdy on i jego zespół zdobyli złoto olimpijskie na tej samej arenie w 1980 roku.

I ja? Byłem starym człowiekiem Eruzione, czekającym z innymi rodzicami przed szatnią i doświadczającym chwili satysfakcji większej niż jakakolwiek inna, jaką znałem, czy to jako zawodnik, czy jako kibic. Stałem na parkingu z pedałem gazu wciśniętym do podłogi. Byłam ścianą skąpaną w słońcu. To zwycięstwo było lepsze niż mistrzostwo stanu Illinois, które wygrałem z Deerfield Falcons w 1977 r. Było lepsze niż zwycięstwo Bears w Super Bowl w 1986 r.

Tzaczął się koniec tak: Któregoś wieczoru, po ostatnim meczu sezonu licealnego, zapytałem syna, czy będzie się starał o ligę wiosenną. Dla młodego hokeisty gra w lidze wiosennej jest odpowiednikiem miotacza z niższej ligi grającego w piłkę zimą w Meksyku – jest to tak konieczne, że stanowi oświadczenie o zamiarach i stanowi środek ulepszenia, że ​​rezygnacja z niego jest jak rezygnacja ze „ścieżki”. Zamiast prostego, potwierdzającego skinienia głowy, jak się spodziewałem, usłyszałem słowa: „Zastanowię się nad tym”. Pomyśl o tym? Dla mnie to było to samo, co powiedzenie dziewczyny: „Musimy porozmawiać”.

Dopiero później zdałam sobie sprawę, że te słowa były pierwszym krokiem w starannej choreografii. Mój syn chciał rzucić palenie, ale w sposób, który nie złamałby mi serca. Nie chciał też, żebym tyradowała, zachwycała się i próbowała mu to wybić z głowy.

Odwróciliśmy role. On był dorosły. Byłem dzieckiem.

Wiedział, że nie grałby w hokeja w college’u, nawet gdyby mógł. Mając to na uwadze, postanowił wykorzystać ostatnią klasę liceum na poznawanie ludzi innych niż hokeiści i spędzanie czasu w miejscach innych niż lodowiska. Podobnie jak profesjonalista z niepewnymi kolanami, zbliżający się do 35. roku życia, zdecydował się odejść na własnych warunkach. Nie martwił się utratą tożsamości jako zawodnika ani tym, że straci koleżeństwo w szatni; martwił się o mnie. Hokej był całą epoką w życiu naszego ojca i syna. Dzięki niemu, jako rodzicowi sportowemu, wyszłam z trzydziestki, czterdziestki i pięćdziesiątki.

Mój syn zaczął grać w hokeja w 2012 roku. W wieku 5 lat znalazł się w armii dzieciaków zapisanych do Ice Mice. Stamtąd wspiął się po szczeblach kariery: Mite do Squirt, Squirt do Peewee, Peewee do Bantam, Bantam do Midget. Nie miał wrodzonego geniuszu do gry, ale ją kochał i tę miłość, która była jego talentem, i związaną z nią chęć spędzania każdej wolnej chwili na obiekcie – życie szczura lodowiska – wskakując na lód, gdy tylko pojawi się dodatkowa potrzeba. potrzebny był gracz, strzelanie kulkami w holu, czyniło go atutem. Dzieciak może mieć wszystkie umiejętności, szybkość, rozmiar i strzał, ale jeśli nie chce tam być, jeśli nie kocha gry, to nie zadziała.

To pasja zaprowadziła go do czołowych drużyn (był to hokej drugiej i trzeciej ligi w hrabstwie Fairfield w stanie Connecticut) i w ten sposób zasiał ziarno, które ostatecznie stało się dla mnie gorzką rośliną. Jego miłość do gry wyniosła go do niezwykle konkurencyjnej ligi, w której nastawione są na cele, gdzie zawsze liczy się to, kto przejdzie w następnej fazie prób i w następnym sezonie, a co ważniejsze, kto pozostanie w tyle. Ironia: Jego miłość do gry doprowadziła go do poziomu, na którym żadna miłość nie jest możliwa.

Kiedy ludzie oskarżają rodziców sportowców o to, że żyją dzięki swoim dzieciom, mają na myśli to, że rodzice chcą, aby dziecko osiągnęło coś, czego oni nigdy nie osiągnęli. Ale to tylko część historii. Dla większości z nas nagroda jest w teraźniejszości, a nie w przeszłości. Jesteś traktowany lepiej, gdy Twoje dziecko zdobywa punkty; Twój status został podniesiony. Bycie twojego dziecka w czołowej drużynie stawia cię – a przynajmniej tak wielu ludzi w moim świecie wydaje się wierzyć – – rodzica wyższej klasy. Jeśli Twoje dziecko zostanie zdegradowane, wyrzucone ze składu AA do grupy A lub (och!) z grupy A do grupy B, Twój status i życie społeczne ulegną pogorszeniu. To tak, jakby doświadczyć odwrócenia sytuacji finansowej.

Ponieważ jestem człowiekiem, mam tendencję do obwiniania podmiotów, systemów lub innych ludzi za rzeczy, które wydają mi się niesprawiedliwe. W miarę postępów mojego syna przez jedną fantastyczną, pełną złudzeń chwilę dostrzegłem życie, jakiego on (my, ja) nigdy nie będzie prowadził: sława lekkoatletyczna w szkole średniej, potem triumf w college’u i być może nawet kariera profesjonalnego hokeja. Że wiedziałam, że to fantazja – on nigdy nią nie był To dobrze — nie uczyniło go mniej potężnym. Zatracony w tym, z nową intensywnością doświadczyłem życia jako kibic NHL. Nie tylko oglądałem Blackhawks; Zwiadowałem i wyłapywałem sztuczki, które mogłem przekazać mojemu chwałemu chłopcu. To był sen, którym wstydziłem się podzielić z kimkolwiek, nawet z żoną. Postrzegałem to tak, jak członkowie Wolnych Francuzów postrzegali wyzwolenie Paryża: myśl o tym zawsze; nie mów o tym nigdy.

Krótko mówiąc, zgubiłem drogę. Zamiast pozwolić mu cieszyć się chwilą i faktem, że te pory roku był jego karierę, a nie przygotowanie czy ścieżkę do niej, bezustannie planowałem jego następny ruch, następną szansę, kolejną szansę na osiągnięcie wielkiego sukcesu.

Oto najgorsza część: dokładnie wiedziałem, co robię. Próbowałam zastąpić wolę mojego dziecka moją własną. Wiedziałem, że to złe i, co gorsza, przynoszące efekt przeciwny do zamierzonego. Im bardziej naciskałem, tym mniej podobała mu się gra. Im mniej podobała mu się gra, tym gorzej grał. Im gorzej grał, tym bardziej naciskałem. Ekonomiści nazywają to pętlą ujemnego sprzężenia zwrotnego. Wiedziałem o tym, ale nie mogłem przestać. To była psychoza.

Być może najbardziej znani sportowcy rodzice cierpią na tę samą chorobę psychiczną. LaVar Ball, Emmanuel Agassi, Earl Woods – wszyscy ci ojcowie sportowi mieli obsesję do tego stopnia, że ​​popadli w obelgi. Wolę myśleć, że tak nie jest; jednak pomimo różnych stopni sukcesu naszego dziecka, nasza sytuacja jest taka sama. W pewnym momencie, nawet jeśli nastąpi to po 20 latach pracy w profesjonalistach, plan zostanie wycofany, ujawniając naszą prawdziwą lokalizację. Parking na lodowisku. Pojechany pojazd. Sam. Nawet cudowne dzieci odejdą na emeryturę.

I powiedziałem mojej żonie że obawiałem się, że nasz syn zbyt późno zorientuje się, że przegapił mecz. Ma resztę życia na wygłupy; to była jego ostatnia szansa, żeby tam być i wymieszać wszystko, zamiast oglądać z boku. Ale przede wszystkim martwiłem się o siebie. Jak miałem przetrwać te wszystkie niekończące się zimy bez hokeja? A co z fantazjami o przerywnikach telewizyjnych, w których spiker NHL mówi: „I jest człowiek, który nauczył go jeździć na łyżwach!” Wchodząc w mój gorączkowy sen i wskazując drogę wyjścia, mój syn zachowywał się jak rodzic, który mówi: „Będzie dobrze. Jest po co żyć. Czas iść dalej.”

Chociaż dla mnie i mojego dziecka to już koniec, nie chcę szybko sprzedawać tego doświadczenia. Było przede wszystkim cudownie: grał przez kilkanaście lat, w wieku od 5 do 17 lat; taka była jego kariera w tej piłce. W tym czasie zgromadził tak wiele statystyk – goli, asyst, minut karnych itd. – że nadruk na odwrocie jego karty hokejowej, jeśli ją posiada, wymagałby oglądania okularów do czytania. Nauczył się grać w drużynie, wspierać kolegów z linii, przeciwstawiać się złym trenerom i uczyć się od dobrych. Nauczył się, że bycie trafionym, nawet wyrzuceniem, nie jest najgorszą rzeczą, że zdobywanie punktów jest lepszą zemstą niż oddawanie ciosów, że więcej można się nauczyć na przegrywaniu niż na wygrywaniu, ale zbyt wiele przegrywania niszczy duszę, że Radość ze zwycięstwa jest ulotna i to fizyczne doznania – uczucie, jak ostrza łyżwy przecinają świeżo wynurzony lód, ciężar krążka na kiju – pozostają z tobą.

źródło