Growa turystyka #1 – Kraków Arcade Museum

Niestety, należę do tej grupy osób, które ominęła złota era automatów do gier. Jak się jednak okazało – jest gdzieś miejsce, które pozwoliło mi przenieść się w czasie. Dokładniej, jest to Interaktywne Muzeum Gier Wideo na Nowej Hucie. Nie pozostało mi więc nic innego, jak zawołać kumpelę i wsiąść do pociągu.

Pierwsze wrażenie po wejściu do środka jest oszałamiające – może i “gralnia” umieszczona jest w betonowym klocu, może i na ścianach nic się nie zobaczy, ale same alejki wypełnione automatami (jest ich, podobno, ok. 100 – do tego trochę w trakcie serwisowania) potrafią wywołać radochę na twarzy. Tym bardziej, że już szybkie rozejrzenie się wśród nich pozwala dostrzec tytuły otoczone taką aurą kultu, jak Ghosts’n’Goblins, Pacman, Galaga, Space Invaders (niestety, w trakcie mojej wizyty nieczynne), Outrun… i wiele innych, do tego często w oryginalnych obudowach.

Źródło

Z początku rzuciłam się na mordobicia – trzeba przyznać, że Tekken na automatach to kwintesencja grywalności, więc automatowi nie odpuściłam aż do wypróbowania wszystkimi możliwymi postaciami co najmniej. Komu potrzeba odrobinę brutalniejszej rozgrywki, temu służy stojący tuż obok Mortal Kombat II czy równie kultowa, druga część Street Fightera. Tak samo można było zagrać w jeden z wielu beat’em upów, włącznie z samym Final Fightem, lecz nie starczyło mi czasu, aby go ograć – za to udało mi się zagrać w inne “chodzone” tytuły, jak zaskakujący mnie swoją złożonością Dungeons&Dragons: Shadow over Mystara. Dość skutecznie łączył side-scrollowaną mechanikę z wieloma elementami RPG-ów, takimi jak wybór klas, zbieranie punktów doświadczenia, lootu, a także kupowanie lepszego ekwipunku czy eliksirów leczących. Do tego, miał całkiem poważną fabułę, z możliwością dokonywania własnych wyborów – wpływających chociażby na to, jakim poziom będziemy pokonywać następnie. Jeszcze tylko (zbyt) krótka chwila z Alien vs. Predator i czas było przejść na inne maszynki.

100% gry w grze, czyli ścigałki. Oprócz “standardowych” symulatorów z siedzeniami i kierownicą w stylu Cruis’n World (owszem, zjechałyśmy cały świat – a wzdłuż toru w Chinach dumnie powiewały czerwone flagi), który i tak potrafił dać mnóstwo radochy, było i parę mniej standardowych – jak chociażby Star Wars Racer Arcade, gdzie oprócz samego faktu kierowania ścigaczem radochy dodawał fakt dość niestandardowego, a immersywnego sterowania. Ponadto, spore wrażenie robił też potężny, czteroosobowy (właściwie dwa podwójne, ale działające razem) automat do Outrunners, które z miejsca przywołuje klimat lat ’80 – nawet, jeśli się w nich nie żyło. Moim osobistym faworytem jest jednak Crazy Taxi – szczerze, nie spodziewałam się że odwożenie ludzi na czas w akompaniamencie “punkowych” kawałków rozbijając się o wszystkie budynki w mieście będzie tak grywalne.

Do tego trochę “biegania i szczelania”, jak chociażby w Metal Slug 5, który wciągnął nas na tyle, żeby przejść całość (co prawda trochę na chama, ale…). Świetny design, miodne strzelanie, wyżyłowany poziom trudności. Kto woli samemu mieć krew na rękach, ten mógł chwycić za dowolny z “pistolecików” i mordować w którejś z dostępnych strzelanek na szynach – było ich dość sporo, więc chociaż spędziłam całkiem miłe chwile z Virtua Copem, żałowałam, że nie zdążyłam spróbować swoich sił w Time Crisis. Oprócz tego trochę shoot’em upów (co prawda “fabuła” w Sonic Wings 3 już po pierwszych dialogach i kilku matrioszkach które przeleciały przed moimi oczyma sprawiła, że przestałam mieć jakiekolwiek pytania, ale zabawa była przednia), kącik z flipperami… i parę ciekawostek.

Do tych należy chociażby Alpine Racer 2, gdzie stoimy na czymś w rodzaju “nart” i staramy się kierować podczas szalonego zjazdu za pomocą balansu ciała. Poza tym, znajdzie się też coś dla fanów gier rytmicznych, a nawet dwa “cosie” – Pump it Up Nx2 z typowym skakaniem po “strzałeczkach” (co prawda w naszym przypadku było to głównie wpadanie na barierkę z tyłu automatu, ale cóż) oraz Dance Maniax, z ciekawą mechaniką wymagającą machania rękami nad lub pod sensorami.

Źródło

Krótko mówiąc – Kraków Arcade Museum to fenomenalne miejsce i prawdziwa mekka. 30 zł za cały dzień grania, na dodatek w sąsiedztwie świetnej kawiarni (sprawdzone), niezgorszej restauracji (jakby przyszło się posilić), a także wrotkowiska i ścianki wspinaczkowej (to już dla lubiących różnorodność, ale przy tej ilości automatów nie sposób znaleźć czas na cokolwiek innego w trakcie pobytu w Krakowie). Świetna oferta, dość różnorodne automaty, no i ich ilość ma się zwiększać. Warto się dobijać na Centralną 41a.