Furwind – Recenzja

Kilka tytułów udowodniło już, że retro platformówki mogą być czymś więcej niż karnetem na nostalgię. Tymczasem Furwind, gra studia Boomfire Games, dąży stricte do wywołania uczucia tęsknoty – tęsknoty za uciążliwym sterowaniem i anachronicznym gameplayem.

Pierwszy kontakt z Furwind jest cokolwiek niezachwycający – chociaż śliczna, pikselowa grafika z malowniczymi tłami i solidnym cieniowaniem nieźle prezentuje się w ruchu, dobre pierwsze wrażenie prędko zmywa anachroniczna, ślamazarna rozgrywka, a tytułowemu bohaterowi brakuje charyzmy godnej kultowych bohaterów platformówek. Ten urokliwy lisek nie może się pochwalić zbyt szerokim repertuarem ruchów – ot, chodzenie, cios ogonem z półobrotu, cios z powietrza i podwójny skok – a pretekstowa fabuła brzmi, jakbym słyszała ją po raz milionowy. Las, w którym mieści się wioska Furwinda, zaczyna wymierać, gdy zalęga się w nim zło, gdyż budzi się Wielki Przedwieczny, a żeby znaleźć sposób na jego pokonanie, należy udać się do świątyń przodków… Znajome? No cóż, Mario nie miał lepszej, więc to jeszcze nie powód, by grę krytykować.

Zwłaszcza, że w miarę poznawania Furwind zaczyna zaskakiwać. Długie, zagmatwane poziomy wymagają odrobiny eksploracji, jest w nich trochę sekretów do poodkrywania, okazuje się także, że twórcy mają w zanadrzu kilka ciekawych patentów (jak chociażby etapy w jaskini, gdzie warunkiem przetrwania jest znajdowanie się cały czas w świetle zapewnianym przez świetliki, które „uzupełniać” można tylko w wybranych punktach – zmusza do gry na czas, zdecydowanie). Wszystkie poziomy podzielone zostały na trzy „grupy” (środowisko ulega lekkiemu przekształceniu przy przeskakiwaniu do kolejnej, co jest miłym akcentem), wśród których występują te same rodzaje poziomów, ale z każdym kolejnym stają się bardziej zróżnicowane i wymagające. To daje wrażenie postępu, a poza tym zapobiega uczuciu monotonii powtarzających się przeciwników, co warto docenić.

Przyzwoity level design nie przykryje jednak głównej wady tej gry – ślamazarności rozgrywki, którą widać na wielu poziomach. Począwszy od dosłownego wolnego tempa poruszania się oraz budowy poziomów wymuszającej mozolność (odnajdź jednego bossa, pokonaj, wróc się, odnajdź i pokonaj drugiego bossa, wróć się, odnajdź bramę wyjściową …), przez automatyzm przechodzenia poziomów (nie było chyba fragmentu platformówkowego który wymusiłby na mnie zastanowienie się nad sposobem przejścia lub chociaż większą zręczność), aż po nieprzemyślane walki z bossami. O ile logicznym jest, że wymagają nauczenia się wzorca zachowania przeciwnika, tak dość niedzisiejszo wypada fakt, że zazwyczaj jest to jeden atak, który powtarza się przez cały czas. Krótko mówiąc – walki są niesamowicie nudne. Dodatkowe umiejętności, które tytułowy lisek zyskuje po drodze, powinny je urozmaicić, ale w rzeczywistości ich potencjał został zmarnowany – nie są w ogóle włączone w rozgrywkę.

Oprócz „linii fabularnej” Furwind oferuje również odnajdywane w postaci znajdziek na mapach wyzwania, zazwyczaj oparte na jakiejś konkretnej koncepcji czy przeciwniku. Niektóre z nich rzeczywiście wypadają interesująco, ale większość jest raczej beznamiętna i uciążliwa. Generalnie „uciążliwa” jest słowem adekwatnie opisującym tę grę – nie jest trudna, a raczej męcząca. Przeszkadza niewygodne sterowanie (nadwrażliwa gałka sprawia, że nie raz skacząc w bok spadłam, bo konsola zinterpretowała to jako atak powietrzny w dół) oraz niewielki „poślizg” występujący po skakaniu. Gra wymaga dość sporej precyzji skoku, a nie oferuje takich możliwości. O tanich chwytach w rodzaju wymuszania płacenia coraz większej ilości waluty za kolejny save (co uniemożliwia z kolei kupienie sobie istotnych ulepszeń w sklepiku), bardzo krótkiego dystansu ataku czy podnoszenia poziomu trudności przez wciskanie od groma przeciwników już nawet nie wspominam.

Pomimo tego, nie mogę powiedzieć, że w Furwind gra się źle – ostatecznie, jest w tym coś co każe mimo wad dokończyć grę (niezbyt długą, ale wciąż) i czerpać z niej nawet sporą przyjemność, którą intensyfikują śliczne kolory, piękne tła oraz udane animacje. Niemało w niej uroku, lecz biorąc pod uwagę jak rozbudowaną niszą są teraz retro platformówki, wybrałabym raczej inną pozycję. W tej brakuje dynamizmu, rozsądnego wyzwania, po prostu iskry.

Furwind

5.8

Ocena ogólna

5.8/10

Plusy

  • śliczna, kolorowa grafika
  • stopniowanie poziomu wyzwania
  • brak monotonii
  • kilka ciekawych patentów

Minusy

  • nudne walki z bossami
  • zbyt wolne tempo rozgrywki
  • niewygodne sterowanie
  • denerwujące, uciążliwe patenty na "zwiększenie poziomu trudności"
  • wymuszanie backtrackingu