Children of Morta – recenzja

Children of Morta, czyli historia wielopokoleniowej rodziny stawiającej czoła budzącemu się w mroku złu. Brzmi sztampowo? Z początku też tak myślałem, by po chwili zostać wciągniętym w ten urzekający pixel artowy świat.

Grę zaczynamy jako John, głowa rodziny Bergsonów i w krótkim wstępie oprócz poznania podstaw sterowania, mamy okazje zobaczyć co wyniszcza krainę, w której żyją nasi bohaterowie. To zło, o którym wcześniej wspomniałem, określa się tu jako zepsucie. Owo zepsucie opanowało źródło życia znajdujące pod górą (tytułową Mortą) i zmieniło wszystkie okoliczne stworzenia w mordercze bestie. Wydawać by się mogło, że fabuła nie jest jakoś szczególnie odkrywcza, ale została poprowadzona w idealny sposób, być może po części jest to zasługa klimatycznego głosu narratora (bo tak, musicie wiedzieć, że postacie w tej grze nie mówią :P), a może to kwestia samej historii, którą możemy poznawać nie tylko dzięki przyjemnie zrealizowanym cutscenkom, ale też z treści notatek poznawanych z biegiem rozgrywki.

Jeśli zaś chodzi o rozgrywkę, Children of Morta to dosyć popularna ostatnio mieszanka gier typu rogue-lite z hack n’ slashową walką na losowo generowanych mapkach oraz elementami RPG ze zwracaniem uwagi na aspekty ekonomiczne w tle.

Za naszą bazę wypadową służyć będzie dom rodzinny Bergsonów, w którym będziemy mogli rozdysponowywać zdobywaną w czasie zabawy walutę (tak dokładniej to morvę, chociaż do złudzenia przypomina złoto) i przeznaczać je na przeróżne ulepszenia, odblokowywane z czasem. Złoto … znaczy morvę, zdobywać będziemy w czasie naszych podróży do zróżnicowanych lokacji. Twórcy zadbali byśmy się nie nudzili i to nie tylko dzięki proceduralnie generowanym lochom, ale też dzięki różnorakim monstrom, z którymi przyjdzie nam walczyć oraz licznym side questom (przez całą grę, nieważne ile razy bym się nie wracał do lokacji, to za każdym razem odkrywałem coś nowego).

Jak już wspomniałem, jest to historia całej rodziny łowców przygód, czy raczej jak to określa gra strażników. Co za tym idzie do wyboru gracza, oddano kilka postaci, które w czasie naszych postępów będą odblokowywane. Każdy z bohaterów różni się stylem walki, co mocno zależne jest od posiadanych oraz opanowywanych przezeń umiejętności na przykład John jest typowym rycerzem uzbrojonym w ogromny miecz i równie wielką tarczę, jego córka Linda to z kolei typowa łuczniczka, a syn głowy rodziny, Kevin to diabelnie zwinny łotrzyk. Drzewka rozwoju są na tyle rozbudowane, by każdy mógł bawić się jak chcę i od razu uspokajam, drzewka można resetować za zdobywane na mapach jajka, także nic nie stoi na przeszkodzie, żeby poeksperymentować. Co ciekawe rozwój postaci nie polega tutaj jedynie na poznawaniu nowych skili, ale też na wykupywaniu ulepszeń, bo raz kupione mają wpływ na całą naszą paczkę (podobnie zresztą jak specjalne umiejętności bohaterów, odblokowywane co jakiś czas, a mające wpływ na każdego z osobna). Tak zbudowana mechanika sprawia, że choćbyśmy skupiali się tylko na graniu jedną postacią i tak rozwijamy wszystkie. Ale nawet gdyby nie ten skądinąd dobry zabieg, nie moglibyśmy pozwolić sobie na faworyzowanie któregoś z naszych śmiałków. Zapytacie dlaczego? Już spieszę z odpowiedzią. A to dlatego, że w czasie rozgrywki postać, którą aktualnie gramy zaraża się chorobą opisaną jako “wyniszczenie zepsuciem”, która utrudnia nam zabawę, zmniejszając stopniowo pasek życia herosa, no chyba, że przerzucimy się na innego członka rodziny.

Dzięki tak skonstruowanym mechanizmom, rozgrywka polega na ciągłym żonglowaniu bohaterami, dzięki czemu, chcąc nie chcąc musimy ich poznać i nauczyć się nimi grać, ale bez obaw gra to czysta przyjemność. No ale jak to, zapytacie, gra typu rogue-lite i czysta przyjemność? To się chyba trochę ze sobą gryzie. A no nic bardziej mylnego odpowiem, otóż tutaj wcale nie ginie się tak często, jak w typowym rogaliku (choć może to kwestia umiejętności gracza), a śmierć nie oznacza wcale utraty punktów doświadczenia, tylko powrót do bazy. Zresztą śmiem twierdzić, że pomimo zastępów wrogów oraz okazjonalnych mini bossów, walka w grze wcale nie jest trudna, a często urozmaicana losowo zdobywanymi ulepszeniami, które dzielą się na: błogosławieństwa, które albo w jakiś sposób wzmacniają nas lub są przedmiotami które same atakują naszych oponentów; boskie relikty działające zazwyczaj jako dodatkowe ataki obszarowe; talizmany uruchamiane tylko raz na plansze i dające przeróżne efekty; runy, które przez jakiś czas wpływają na któryś z ataków naszej postaci oraz obeliski, czyli miejsca, które przez określony czas zwiększają nasze statystyki. Każdy etap kończy się spotkaniem z bossem, który jednak nie powinien stanowić dużego problemu po poznaniu jego serii ruchów. W całej grze nie czułem, żebym był zmuszany do grindu (nawet jeśli to robiłem to z przyjemnością, mocno czuć tutaj ducha serii Diablo), to moje powroty do wcześniej odwiedzonych lokacji były raczej umotywowane chęcią sprawdzenia czym jeszcze gra może mnie zaskoczyć.

Warto wspomnieć, że losowe wydarzenia, na które trafiamy w czasie rozgrywki, mają również wpływ na całą fabularną otoczkę i w czasie zwykłego przebywanie na terenie posiadłości Bergsonów możemy cały czas obserwować, jak rozwijają się relacje pomiędzy członkami rodziny, o czym myślą bohaterowie i co w danej chwili robią. Niby nic, a cieszy.

Przejście tytułu zajęło mi jakieś między 10 a 12 godzin i przyznam się bez bicia, nie spieszyłem się zbytnio, a dokładnie zwiedzałem każdy zakamarek lochów, o czym świadczyć może wynik 68% według statystyk zdobytych osiągnięć na PS4. Także z tego, co widać i tak jeszcze trochę zostało. Kto wie, może pokuszę się nawet o platynkę.

Jaki werdykt? Cóż grało mi się naprawdę dobrze i choć słyszałem zarzuty dotyczące np. słabego balansu dostępnych postaci, to muszę się z tym nie zgodzić, bo o ile z początku faktycznie można czuć, że np. taka łuczniczka jest w sumie najłatwiejszą do grania postacią, to od około 10-15 poziomu (postacie rozwija się dosyć szybko) każda postać rozwija skrzydła i tego typu granice się zacierają. Więc jeśli lubicie takie gry, podobnie jak ja z przyjemnością wracacie albo chociaż wspominacie którąś z części Diablo, podobała wam się rozgrywka w Moonlighter, a może po prostu szukacie gry do przyjemnego popykania wieczorkiem samemu albo z kimś … no dobra zapomniałem wam wspomnieć, że jest tutaj opcja grania w co-opie (miałem okazje przetestować z przyjacielem i obaj przyznaliśmy, że jest to jeden z lepszych kanapowych tytułów) to szczerze polecam. Children of Morta to po prostu kawał bardzo dobrego kodu, chociaż może mógłby być trochę dłuższy.

Children of Morta

9.5

Ocena ogólna

9.5/10

Plusy

  • Zróżnicowanie postaci
  • Przyjemna rozgrywka
  • Bardzo ładna pixelartowa grafika
  • Mechanika rozwoju bohaterów
  • Świetna narracja

Minusy

  • Raz czy dwa zdarzyło się, że napisy nie nadążały za dialogami narratora
  • Rzadkie spadki płynności przy większej ilości przeciwników
  • Gra mogłaby być trochę dłuższa
Please Login to comment