Ewolucja i kierunek rozwoju gier czyli: Czy gry stają się coraz gorsze? | Consolezone.pl – piszemy o grach wideo i konsolach

Zirrael 22.06.2016 22:41

Ewolucja i kierunek rozwoju gier czyli: Czy gry stają się coraz gorsze?

Na wstępie mojego artykułu, chciałbym uprzedzić wszystkich młodszych graczy (rocznik >2002), że treść może być dla nich nieco obrazoburcza. Chciałbym mianowicie rozwinąć temat, który od paru lat notorycznie powtarza się na różnych forach i przyjmuje mniej lub bardziej emocjonalną formę dyskusji.

Co to za temat? Otóż często w internecie można spotkać się ze stwierdzeniami, że dzisiejsze gry, to już nie to samo co kiedyś. Że to już nie ta jakość… że są beznadziejnie proste, płytkie, że dziś tylko grafika się liczy… że to, że tamto. Takie opinie zazwyczaj są pisane przez znudzonych teraźniejszością dorosłych graczy, którzy dzisiaj mają co najmniej 20 lat, wchodzą w dorosłe życie, i którzy przede wszystkim spędzali swoje dzieciństwo z zupełnie inną generacją (o ile można to tak nazwać) gier. Czemu postanowiłem właśnie taki temat wziąć na warsztat? Ano… jest to niejako próba analizy argumentów tych, którzy dzisiejsze gry, uważają za produkcje słabsze niż choćby te z lat 90′, kiedy na rynku rządził legendarny PSX.

Postarajmy się więc zrozumieć starszą generacje graczy i oceńmy czy mają rację ;). Główny zarzut wysuwany przez starszych graczy przeciw dzisiejszym produkcjom, to przede wszystkim prostota rozgrywki. Obniżony poziom trudności, skrojony pod niedzielnego gracza – nie jest tym, co szczególnie powoduje emocjonalne napięcie u graczy przyzwyczajonych do gier z lat 1990-2002. Dziś – wszelkie samouczki na początku gry, mnóstwo wskazówek i podpowiedzi w trakcie ich trwania, sprawiają wrażanie, że dzisiejsze gry w zasadzie same się przechodzą, zaś gracz jest już powoli bardziej widzem niż aktywnym uczestnikiem widowiska.

Jest to poważny zarzut, z którym ciężko się nie zgodzić i można by sobie tylko zadać pytanie, dlaczego pojawiła się taka tendencja na rynku gier, aby… produkować nieco prostsze tytuły niż kiedyś. Otóż… być może jestem w błędzie, ale zdecydowanie zmienił się odbiorca dzisiejszych gier. Gra jako produkt stała się produktem jeszcze bardziej masowym niż kiedyś. Produkcja topowej gry kosztuje niejednokrotnie dziesiątki milionów dolarów, pracuje nad nią ogromny zespół ludzi, a sama kampania marketingowo-promocyjna jest ogromnym przedsięwzięciem o zasięgu globalnym. Dzisiaj gra, to nie jest już jakiś tam kawałek kodu napisany przez jedną osobę w C albo Basicu na kilkaset linii. Dzisiaj to już jest po prostu część kultury masowej. W związku z tym – z taką ogromną superprodukcją – próbuje się dotrzeć do jak największej liczby graczy. Nie tylko tych hardcorowych, szukających wyzwania czy jakiegoś konkretnego przeżycia. Prawdopodobnie po długiej analizie potrzeb rynku i starannym sondowaniu opinii publicznej wydawcy doszli do wniosku, że należy niejako zrezygnować z takich rzeczy jak na przykład wysoki poziom trudności albo oryginalny (ale ryzykowny) pomysł na rozgrywkę – po to właśnie, aby nie zniechęcić niedzielnych graczy, którzy stanowią największą grupę potencjalnych odbiorców.

Kolejny argument – „dziś tylko grafika się liczy…”. Coś w tym rzeczywiście jest. Gry są coraz ładniejsze, sprzęt coraz mocniejszy – w zespołach pracujących nad grą przybywa coraz więcej specjalistów zajmujących się renderowaniem grafiki trójwymiarowej. Coraz więcej pieniędzy inwestuje się w technologie mające na celu jeszcze lepiej oddawać realizm. Ktoś bystry zapyta się od razu, po co to wszystko, skoro i tak najważniejsza jest radość z grania, klimat, doznania etc… Dlaczego poświęca się dziś grafice aż tyle uwagi, czasu i nakładów finansowych? Otóż znowu jest to w pewnym sensie element marketingowy, mający na celu zachęcić potencjalnego klienta do zakupu naszego produktu. Żyjemy w kulturze obrazkowej i każdy człowiek podświadomie kieruje się jakimiś zasadami estetyki. Nieładna na tle konkurencji gra, nie przyciąga tak uwagi klienta i… choćby była najbardziej grywalna na świecie, zawsze znajdzie się ktoś, kto wytknie jej mankamenty graficzne. W związku z tym producenci i wydawcy gier – mając na uwadze również przedpremierowe pokazy, trailery na portalach społecznościowych czy choćby screeny w prasie i internecie – przykładają podwójną uwagę do oprawy graficznej zamiast ten dodatkowy czas… poświęcić na jej grywalność. Niestety. Oczywiście nie generalizujmy – jest dzisiaj wiele dobrych i bardzo dobrych tytułów, które oprócz wspaniałej szaty graficznej, oferują fantastyczną rozgrywkę – niemniej pojawiło się i pojawia cały czas wiele pozycji, które braki w rozgrywce próbują zrekompensować dobrą oprawą audiowizualną.

Następny argument? Brak innowacji. Można by w sumie napisać sporo w tym punkcie, ale znów wszystko sprowadza się do jednego. Biznesu. Jest oczywistym, że inwestując duże pieniądze w produkt innowacyjny, którego jeszcze na rynku nie było, inwestor podejmuje duże ryzyko. Stąd, aby minimalizować wszelkie ryzyka związane z innowacyjnością produktu i jego przyjęciem przez rynek – celowo w wielu przypadkach rezygnuje się z ciekawych pomysłów na rzecz wcześniej utartych rozwiązań. Zauważmy też jeszcze jedną rzecz – produkcja gier nigdy nie była tak droga jak teraz. Pierwszego Gothica tworzyło małe studio z Niemiec, Wolfensteina 3D kilka osób – nie było szeroko zakrojonych kampanii reklamowych, nie bylo milionowych inwestycji, czy wielkich umów z dystrybutorami. Nie było więc ryzyka. Dziś jest zupełnie inaczej, a ryzyko jest ostatnią rzeczą, która inwestorzy chcą słyszeć wykładając ogromne sumy. Trzeba więc zrozumieć, że nikt nie wyłoży dużych pieniędzy na grę obarczoną dużym ryzykiem słabej sprzedaży.

Brak świeżości, grafika i prostota – to chyba trzy najpoważniejsze i najczęściej powtarzane argumenty przez zwolenników starych gier. Jak to zatem rzeczywiście jest? Czy gry naprawdę są dziś bardziej prymitywne? Mniej innowacyjne i prostsze? Czy rzeczywiście próbuje się ogłupić ludzi śliczną grafika, tak naprawdę wpychając im średni produkt?

Wydaje się, że odpowiedź na te pytania jest tylko jedna. Biznesem growym rządzą finanse. Jest to po prostu kolejna gałąź przemysłu, która swoim interesariuszom i inwestorom musi przynosić zyski. W związku z tym wielu twórców po prostu odeszło od tworzenia ambitnych ale ryzykownych z punktu widzenia rynku tytułów, po to, by spełnić założenia biznesowe i summa summarum przynieść zysk. Stawia się na tytuły lżejsze tj. obarczone mniejszym ryzykiem i oparte o sprawdzone na rynku i dobrze na nim przyjęte schematy. I choć zabrzmiało to trochę negatywnie, to jednak trzeba przyznać, że taki rozwój sytuacji na rynku gier, niesie ze sobą również wiele pozytywów. Otóż tak jak kiedyś w latach 1990-2002 pojawiało się wiele fantastycznych i innowacyjnych tytułów, tak wychodziła niestety również cała masa niegrywalnych crapów, na które szkoda było poświęcić choćby kilku zdań recenzji. Kiedyś gry, nawet te najlepsze były pełne błędów i przeróżnych bugów, które niejednokrotnie nawet uniemożliwiały ukończenie gry (było kilka takich przypadków). Oprócz tego cała masa problemów z kompatybilnością sprzętową (PC) – widać, że ewidentnie brakowało czasu i/lub finansów, aby dobrze przetestować i zoptymalizować produkt na danej konfiguracji sprzętowej. Jak ktoś miał PC, to pewnie pamięta, że zdecydowanie częściej niż dziś coś nie chciało działać, zawieszał się komputer albo najzwyczajniej w świecie – mimo deklarowanej przez producenta kompatybilności z jakimś sprzętem – gra odmawiała współpracy.

Dziś gry są po prostu lepsze technicznie, dokładniej przetestowane, z piękną grafiką i dźwiękiem. Często możemy również liczyć na pełne wsparcie wydawcy jeśli napotkamy jakieś problemy z działaniem gry. Kiedyś o jakimkolwiek wsparciu nie było mowy, trzeba było radzić sobie samemu albo… obejść się ze smakiem i zrezygnować z grania w wymarzony tytuł. Do tego warto wspomnieć o bardzo częstym dziś spolszczaniu gier przez wydawców (co kiedyś w szczególności na konsolach było bardzo rzadkie) i wielu, wielu innych bardzo pozytywnych aspektach.

Jak więc ewoluują gry? Dokąd zmierza ich rozwój? Ano jest trochę tak jak z piłką nożną – najpierw była tylko pasja i czysta radość. Później przyszedł ktoś kto nie interesował się już piłką, ale zauważył w niej duży potencjał finansowy. Pojawiło się wiele pozytywów – stadiony, transmisje, oprawy, ale też wiele negatywnych aspektów pozasportowych – reklamy, prawa telewizyjne, kontrakty i rozpieszczeni piłkarze. Nie ma się trochę czemu dziwić, bo to naturalna kolej rzeczy i trzeba się pogodzić z faktem, że gry dzisiaj są nieco inne niź kiedyś. Stawia się częściej na sprawdzone rozwiązania i dobrą oprawę audio-video, ale zamiast tego jakby nieco mniej uwagi poświęca rozgrywce i pomysłowości.

Dodaj komentarz

avatar
wpDiscuz